Profesor Ewa Nawrocka z UG wystapiła z gorącą krytyką sytuacji na uniwersytetach (i szkołach średnich przy okazji). Krytyka oczywiście trafna i tylko się z panią profesor zgodzić.
Z pewnym drobnym zastrzeżeniem: choć bierność w akceptowaniu sytuacji, o której mówi nie ulega wątpliwości, to jednak pewne przejawy aktywności miały miejsce. Krótkie przypomnienie:
- W czasie kiedy trwały prace nad nowelizacją Ustawy o Szkolnictwie Wyższym, przedstawiciele Związków Zawodowych "Solidarność" heroicznie walczyli o to, by poprawiać co tylko się dało. (Notka na marginesie: mowa tu o rzeczywistym związku zawodowym i prawdziwych działaniach związkowych, a nie o ugrupowaniu politycznym, które za takowy przebrało się w latach dziewięćdzieciątych XX w. i zerowych obecnego). Dało się uzyskać tyle co nic, ponieważ podkomisja składała się z karnych żołneirzy pani Minister NiSW, którzy merytorycznie nie wnosili nic do dyskusji, a jedynie głosowali. A ponieważ była ich większość, głosowanie zawsze cudownym zrządzeniem losu wypadało tak, jak sobie zażyczyli. Kto nie wierzy, niech zwróci się z prośbą o protokoły z tych posiedzeń np. do przedstawicieli "Solidarności".
- Obok tych, jak się okazało, mało skutecznych negocjacji politycznych, wyłaniał się ruch protestu. W rezultacie jego działań na przełomie 2010 i 2011 pojawiło się kilka oficjalnych petycji skierowanych do przedstawicieli rządu. Najbardziej skuteczna z nich zebrała około 2000 podpisów, co oznacza około 2% kadry naukowej w Polsce. To procentowo znacznie gorszy wynik niż w przypadku ankiety pani profesor, ale pokazuje on, że nie jest tak, że brakuje aktywności. Tyle, że aktywnych jest za mało.
- W kilku miejscach protestowali studenci. O proteście pod hasłem "Nie róbcie z nas idiotów" pisałem we wcześniejszych notkach.
- Wreszcie, po nieudanych działaniach różnych pojawił się pomysł akcji protestacyjnej pod gmachem MNiSW.
Co w tym wszystkim jest niepokojące? Oczywiście niski stopień mobilizacji środowiska. Prawie wszyscy narzekają, ale mało kto uczestniczy działaniach zorganizowanych. Na zasadzie mało wesołej zabawy, można prześledzić ilu autorów rozmaitych listów protestacyjnych wystosowanych po fakcie (po przyjęciu ustawy) podpisało się po którąś z petycji. Oznacza to, że narzekać, nawet głośno, ma ochotę wielu, ale nie wszyscy oni są w stanie chwilkę pomyśleć nad możliwościami działania w demokratycznym państwie.
Przy ogólnym rozczarowaniu, szczytem perwersji okazał się wynik wyborów do Sejmu i Senatu RP. Gdyby niezadowolenie stu tysięcy naukowców i kilkuset tysięcy studiujących rozlało się szeroko, to wynik musiałby wyjśc inny. Nie wiem jaki, chodzi o powiedzenie "nie". Zamiast "nie", zostało powiedziane "tak", więc płacz i zgrzytanie zębów na kolejnych kilka lat, a prawdopodobnie na znacznie więcej, bo co zostanie intensywnie zepsute teraz, nie naprawi się łatwo i szybko.
To teraz jeszcze o bałamutnej dyskusji. Tak słusznie zatytułował swój list do GW Andrzej Dworak: "Wasza dyskusja o jakości edukacji bałamutna i nieodpowiedzialna". Jednak myślę jeszcze o innych powodach tej bałamutności niż wskazane przez autora (który nota bene ma rację). GW dość wyraźnie omijała kwestie dyskusyjności ustawy gdy była ona przygotowywana i ewidentnie stawała po stronie MNiSW. Co więcej, odmawiała publikowania informacji o działaniach podkomisji ustawę przygotowującej. Więc publikowanie teraz lamentów i narzekań jest co najmniej dwuznaczne - dlaczego nie było tych informacji wtedy, kiedy mogły coś zmienić i dlaczego są teraz, kiedy ustawa jest konsumowana, a pani Minister NiSW urzęduje drugą kadencję i z pewnością nie w głowie jej cofanie czegokolwiek?
Dlaczego wracam do ustawy, gdy mowa o grzechach polskiej edukacji wyższej? Powód jest trywialny. Ustawa mogła, i powinna była to zrobić, wesprzeć dobre tendencje na naszych uczelniach i blokować złe. To miękkie sterowanie nie spowodowałoby, że w ciągu roku nagle dziesięć polskich uczelni wskoczy na szczyt listy szanghajskiej, ale zmiany zaczęłyby toczyć się w dobrą stronę. W nauce, ani w edukacji nic nie dzieje się z dnia na dzień. Jeśli ktoś usiłuje je reformować na zasadzie radykalnego cięcia, to musi brać pod uwagę, że nastąpi poważne uszkodzenie systemu. Poza tym, czy na pewno w nauce chodzi o zaistnienie na listach przebojów?
Wyobraź sobie: że siedzisz w zadniedbanym pałacyku. Wyblakłe tapety na ścianach, stare meble, krzesła się chwieją. Ubranie klei się do skóry. Duszno, gorąco, ale okien nie sposób otworzyć. Zresztą, nie ma sensu, bo za oknem hałas ruchliwej ulicy. Trwa posiedzenie jakiegoś ciała Akademii Nauk, w którym uczestniczysz. Ustalenia, rozmowy, pytania i odpowiedzi, pośpieszne notowanie, kolejne pytania i raz jeszcze, głośne myślenie. Potem wykład. Teraz trwa dyskusja, siwe głowy naukowców, jak z powieści Lema (a nie jak z amerykańskiego filmu, gdzie naukowcami są anorektyczki z dekoltem do pasa lub kolesie o muskulaturze ochroniarzy prezydenta) pochylają się nad stołem. Rozważają, zastanawiają się, zerkają w notatki.
Dyskusja przechodzi na kwestie kształcenia.
Jedna z osób mówi: Szkoła niszczy naturalną kreatywność dzieci. Było o tym ostatnio w "Ranczo".
Naukowcy? Odniesienia do badań? Do modeli naukowych? Do statystyk? Przypisy do dzieł? Kurde, "Ranczo"?!?!?
Arogancja rządu przekroczyła kolejne granice.
W sobotę (22.01.2012) min. Boni mówi w TOK FM: "przydałoby się trochę uspokojenia, żeby podjąć decyzję i wrócić do konsultacji, żeby wyjaśniać wszystkie kwestie"
Chwilę później dodaje: "Jest deficyt tego, że nie było konsultacji. Boleję nad tym i przepraszam".
Dalej powtarza to dobitniej: "Mogę wziąć całą winę na siebie, ale też nie o to chodzi. Popełniono błąd i nie było konsultacji w momencie przygotowywania pełnej wersji projektu. Trzeba to odrobić i środowiskom internetowym, razem ze środowiskami twórczymi wyjaśnić wszystkie aspekty, które są w ACTA"
Tego samego dnia w TVN24, jeszcze przed spotkaniem z premierem: "Powinniśmy wrócić do dialogu, spotkać ze sobą i środowiska internetowe, ale także twórców, którzy chcą dbać o swoje prawa autorskie, i w najbliższych dwóch tygodniach przeprowadzić dobre, porządne konsultacje".
W niedzielę (23.01.2012), minister Zdrojewski mówi: "niesprawiedliwe jest zarzucanie rządowi, że chciał coś ukryć przy ACTA." I dalej w komentarzu w tekście: "Minister powiedział, że Polska jako jako pierwszy kraj w Europie zwróciła uwagę na potrzebę negocjowania tego dokumentu".
Z kolei w poniedziałek premier Tusk w TVN24 mówi : "Już we wrześniu gotowy był projekt umowy. We wrześniu został on skierowany do konsultacji resortowych. Wcześniej projekt poddany był konsultacjom, w których uczestniczyło kilkadziesiąt organizacji zajmujących się prawami autorskimi. - Cała procedura przygotowania ACTA, trwająca już od lat, była jawna, podobnie jak każdy inny podobny przypadek".
Tymczasem na oficjalnych stronach Sejmu RP można przeczytać dokument zawierający odpowiedź min. Zdrojewskiego na interpelację posłów Grzegorza Pisalskiego i Bożeny Kotkowskiej. Data interpelacji: 13.03.2010; data odpowiedzi: 5.05.2010. Początek tekstu jest następujący: "Szanowny Panie Marszałku! W odpowiedzi na interpelację posłów Grzegorza Pisalskiego i Bożeny Kotkowskiej z dnia 17 marca br., nr SPS-023-15121/10, w sprawie stanowiska RP w kwestii utajniania przebiegu negocjacji nad układem o zwalczaniu podrabiania w handlu ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) oraz proponowanych w tym układzie zapisach zagrażających wolności Internetu, z upoważnienia prezesa Rady Ministrów uprzejmie proszę Pana Marszałka o przyjęcie poniższych wyjaśnień stanowiących odpowiedzi na zadane w interpelacji pytania.
Ad 1. Odnosząc się do postulatu upublicznienia przez rząd RP dokumentu dotyczącego negocjacji w sprawie porozumienia ACTA o nr 6347/10, należy zająć zdecydowanie negatywne stanowisko".
Co to oznacza?
Przyjmując pierwszą falę oburzenia społecznego, Boni jednocześnie przeprasza i chce wrócić do konsultacji oraz mówi, że tych konsultacji nie było. Chce wracać do czegoś, co nie zaszło. Stres powoduje, że wyłganie się z sytuacji nie wychodzi gładko. (Przyznajmy jednak, że przynajmniej wykazuje gotowość do rozmów).
Dzień później, inny minister z tego samego rządu jest oburzony i twierdzi, że rząd negocjacji pragnął (jako pierwszy kraj w Europie).
Wreszcie premier twierdzi, że projekt był konsultowany z udziałem kilkudziesięciu organizacji, a "cała procedura była jawna".
Jednocześnie oficjalny dokument zadaje kłam tym wypowiedziom wyraźnie odmawiając ujawnienia treści porozumienia"!
Członkowie rządu na przestrzeni trzech dni mówią co innego i jeszcze wprost mijają się treścią dokumentu podpisanego przez jednego z nich.
Już nie chodzi o to, że kłamią i są po prostu aroganccy. Ale kłamią w sytuacji pełnego przyłapania, w sytuacji, kiedy zarówno fakty, jak i podpisane przez nich oficjalne dokumenty mówią co innego i nic się nie dzieje!
Postaram się napisać jeszcze więcej.
Dziękuję wielu anonimowym, a niektórym nieanonimowym osobom za wskazanie części przywoływanych danych. Nikt z nas z osobna nie ogarnia całości sytuacji, ale jako zbiorowy system poznawczy składamy cegiełkę do cegiełki. Mam nadzieję, że także z mojej ktoś skorzysta.
Niestety, w sposób przygnębiający sprawdzają się czarne scenariusze skutków zmian w nauce i na uczelniach. Wczoraj dostałem wiadomość o kolejnym doktorancie, który zrezygnował ze studiów na rzecz pracy zawodowej niezwiązanej z nauką. Uzasadnienie to samo, co we wszystkich tego rodzaju przypadkach w ostatnim czasie - problematyczność pogodzenia pracy zawodowej z intensywną pracą naukową, zbędność w niej zasług uczelnianych, a jednocześnie zbyt małe (i niepewne) stypendium, by oddać się jedynie nauce.
To proces, który będzie narastał, wymiatając na ogół najbystrzejszych, najbardziej rzutkich. Kariera naukowa nie oferuje już niczego, chyba, że ktoś jest absolutnym wariatem, albo ma za dużo pieniędzy i zwyczajnie stać go na to.
Proces takiego wyniszczania struktury kształcenia trwa już od jakiegoś czasu, ale obecne rządy intensywnie go stymulują.
Zaczęło się od patologii niejasnej roli społecznej - zrobienia z doktorantów studentów trzeciego stopnia. Z jednej strony więc stanęli obok innych uczących się, ale z drugiej muszą wdrażać się w pracę naukową i dydaktykę, Kiedy więc to przydatne służą za chłopców na posyłki - robią kawę, kserują dla promotorów setki stron, nierzadko wypełniają inne ich obowiązki - prowadzą za nich wykłady, piszą opinie, a znam przypadek pisania recenzji doktoratów i habilitacji przez doktoranta, bo promotor nie ma czasu (ochoty, umiejętności).
Z drugiej, finansowo są ciągle gnębieni, ich praca nie jest liczona jako praca (wysługa lat). Wymogi stawiane przed nimi w walkach o stypendia są tak wyśrubowane, że produkują tony tekstów i są hiperaktywni, ponieważ zaś nadaktywność ta niejednokrotnie idzie w parze ze zbyt małym jeszcze kapitałem kulturowym stymuluje się patologie publikowania kilkukrotnego tych samych tekstów pod różnymi tytułąmi. Stypendia, zgodnie z chorymi ostatnimi zmianami są kwestią corocznych konkursów, więc żyją w nieustannej niepewności o jutro, mając na tyle małe dochody, że nie stać ich na kredyt mieszkaniowy, ani nawet na godziwe życie. A są to ludzie w wieku zakładania rodzin, stabilizowania etc. Ich pozauniwersyteccy koledzy od dawna stabilizują się na rynku pracy (tutaj lub tam na zmywaku lub budowach).
Trzeba być w takiej sytuacji szaleńcem, żeby zabierać się za pracę naukową.
Taka negatywna selekcja przypuszczalnie doprowadzi niebawem do wypróżnienia studiów doktoranckich i (przypuszczalnie radosnego dla MNiSW) zaburzenia reprodukcji pokoleniowej w nauce (radosnego, bo będzie taniej).
Ta fatalna sytuacja jest rezultatem szeregu decyzji - zniesienie asystentury, obcinanie funduszy na stypendia, mania konkursowości, stymulowanie wyścigu szczurów.
Oczywiście patologia sytuacji pogłębia się. Nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym praktycznie blokuje studia na drugim kierunku (10% nie musi za niego płacić, ale o tym studenci dowiadują się po przestudiowaniu roku i zrobieniu rankingów, czyli żyją przez rok w niepewności, czy się uda, czy muszą wyskakiwać z kilku tysięcy złotych na semestr). Do tego przycina ilość stypendiów naukowych (także do 10%). To z kolei powoduje, że bezpośrednią konkurencją w walce i zasoby (finansowe) jest koleżanka/kolega z ławki obok, a nie materia przedmiotu. Jest to działanie zgodne z przysłowiem "dziel i rządź". Studenci będą zbyt ogłupieni i zaangażowani w walkę między sobą (nie pożyczę ci notatek, to może dostaniesz gorszą ode mnie ocenę), by sprzeciwić się choremu systemowi i złym władzom. Kilka biurokratycznych posunięć i pojawiają się oszczędności finansowe, masy głupieją i ludzie kierują agresję przeciw sobie. Szatański plan i grube świństwo. Albo neoliberalna głupota zakładania, że konkurencja o zasoby jest najskuteczniejszym sposobem uzyskania najlepszych wyników. Spełnia się hobbesowski sen idiotów od wulgarnej socjobologii/psychologii ewolucyjnej (nie mylić z badaniami naukowymi o tych nazwach).
I jedno mnie w tym wszystkim bardzo zadziwia - postawa kościoła katolickiego w Polsce. Potrafi on bić się medialnie z jednym muzykiem o bzdury (rozumiem mechanizm socjologiczny tego bicia się, ale nie widzę żadnych zysków do ugrania), a nie zauważa, że właśnie na masową skalę realizowany plan spowodowania, że ludzie stają się sobie wzajem wilkami niweluje podstawowe zasady miłości bliźniego. Po co było w takim razie całe to gadanie o chrześcijańskim dziedzictwie przy byle okazji, skoro bez słowa się je lekceważy w momentach ważnych?
Dwie imprezy wokółnaukowe odbywające się w uroczym mieście Toruniu w ostatni weekend przyciągnęły moją uwagę.
Ważną częścią jednej z nich była dyskusja wokół parametryzacji czasopism w naukach społecznych/humanistycznych, choć według zapowiedzi tematyka miała być nieco inna.
Nie zamierzam streszczać całości, bo to bez sensu. Streszczę moje rozczarowanie wystąpieniem człowieka-instytucji, rozsławionego przez genialną audycję radiową - profesora Antoniego Sułka.
Sułek argumentował, że publikowanie w czasopismach jest ważne i dobre. Argumentował też, że polscy socjologowie powinni publikować w czasopismach międzynarodowych.
Nie ma znaczenia, czy się z tym zgadzam, czy nie. Ważny jest tryb argumentacji.
Sułek mówił, że czasopisma (wraz z ich parametryzacją) tworzą stratyfikację nauki. Badacze jak mróweczki pną się do góry usiłując publikować w czasopismach, w których opublikować bardzo bardzo trudno. Wznoszą się tak od łatwiej osiągalnych czasopism aż po niemal nieosiągalne. Stopień wskrabania się odzwierciedla jakość naukowca. Lepsi wleźli wyżej, gorsi zostali niżej. Parametryzowanie jest konieczne, żeby wzmocnić mechanizmy stratyfikacyjne.
Mam nadzieję, że oddaję tę część argumentacji w miarę rzetelnie.
Co tu śmierdzi?
Zróbmy 2+2: Jeśli Sułek cichaczem sprzedaje nam statyczny model nauki, czarując nas żargonem tak, że wydaje nam się, że świat w ten sposób jest zdeterminowany, to znaczy, że (niechcący) nabija nas w butelkę. Sprzedaje nam fikcyjną wizję świata jako naukowo-prawdziwą. Nam się wydaje, że w nauce chodzi o pięcie się po schodkach stratyfikacji, a tu dupa, bo fronty badawcze wywracają nam jej duże obszary na nice (a wtedy stratyfikacje się sypią). Wskrabywacze może i zrobią osobiste kariery, a może będą to kariery jedynie w odstępach pomiędzy jedną parametryzacją, a drugą. Albo, między jednym ciągiem ważnych przemian społecznych, a następnym.
Pierwszy typ, wtórnych kopaczy bez problemu wpadnie w mechanizm pięcia się a la Sułek. Starszyzna będzie łaskawym okiem patrzyła, jak młodzież niezgrabnie ich naśladuje. I będą nagrody, i będzie wiele radowania się.
Drugi typ wypadnie tak samo, z tym, że w pewnym momencie zjadą na bok. Co się stanie wtedy? Może będą już ważnymi redaktorami, którzy będą mogli zmieniać profile czasopism wedle nowej problematyki. Ja mam jednak podejrzenie, że ich przeszłość (waga habitusu - znowu Bourdieu) zaciąży na ich możliwościach. Lata konformizmu spowodują, że ich bunty i odejścia będą wątłe.
Trzeci typ, ci, którzy redefinują pole, to myśliciele naprawdę wybitni. Tym jednak może na drodze stanąć zbyt sztywna stratyfikacja. Jak bowiem recenzować to, co jeszcze nie jest rozpoznane? Jak tutaj mówić o kilku bezstronnych recenzentach, skoro nikt w całym polu myślowo nie nadąża, albo ledwo nadąża, ale jak ma wtedy oceniać? Szansą dla tych postrzelonych były książki zbiorowe różnej (mówiąc oględnie) jakości. Mówiąc inaczej - zbiorówki poprzez swoje rozluźnione filtry mogą funkcjonować jako mechanizm generowania istotnych innowacji naukowych, jako ciche ścieżki prowadzące do redefinicji pola.
Jeśli jednak praktycznie skasujemy ten mechanizm, poprzez inflację punktów, dowartościowując czasopisma, osłabiając zbiorówki, wzmacniając stratyfikację, wtedy wykluczymy też być może ważny element zmiany w polu.
I tu właśnie Sułek nie nastarczył, a jego opowieść jest naukawa. Jako socjolog zawiódł gdy zabrał się za naukę. I to jest moje rozczarowanie.
piątek, 18 maja 2012